Opuszczając Stary Kontynent

Wrz 20, 2011 (dzień 125) Turcja

Po krótkiej wizycie nad Morzem Czarnym, skierowaliśmy się w stronę najbardziej wysuniętego na wschód przejścia granicznego w Malko Tarnovo. To oznaczało konieczność przekroczenia Strandży, pagórkowatego i rzadko zaludnionego regionu południowo-wschodniej Bułgarii. Droga wiodła przez lasy, co zapewniało miłą osłonę przed słońcem. Przydrożne źródełka dały zaś szansę uzupełnienia braków wody i wzięcia kąpieli po nocy spędzonej na plaży w Carewie.

Ostatnie takie widoki, dalej komunizm nie dotarł

Ostatnie takie widoki, dalej komunizm nie dotarł

Pozostawiwszy za sobą główne atrakcje Bułgarii, pragnęliśmy jak najszybciej zobaczyć co kryje się po drugiej stronie granicy. Ta niecierpliwość sprawiła, że w naszych oczach okoliczne pagórki zdawały się nie mieć końca. Dość zmęczeni, głupio żartując o mieszkańcach obu stron granicy, w końcu dotarliśmy do posterunku ulokowanego w środku ogromnego lasu. Dobiegał już wieczór, co oznaczało zbliżającą się konieczność znalezienia za noclegu.

Po wąskiej i dość zapuszczonej drodze po bułgarskiej stronie, byliśmy w szoku na widok tureckiej części. Nie tylko była pokryta nowiutkim, gładkim asfaltem, ale oferowała też pobocze o szerokości normalnego pasa ruchu. To oznacza, że dwójka rowerzystów może tam jechać obok siebie, nie przeszkadzając jednocześnie kierowcom. W tak idealnych warunkach szybko opuściliśmy las i wkroczyliśmy na step, który dominuje w tureckiej części Tracji.

Po tej stronie granicy teren wydawał się równie pusty, co po stronie bułgarskiej, dzięki czemu zdecydowaliśmy się na nocleg pod gołym niebem. Tej nocy cieszyliśmy oczy wyjątkową scenerią. Ulokowani tuż pod szczytem pagóra, w świetle pełni księżyca, mogliśmy oglądać panoramę rozległej, pustej przestrzeni tych okolic. W srebrnej poświacie, bez ani jednej chmurki na niebie, jedynie przejeżdżające niekiedy samochody przypominały, że jesteśmy na Ziemi, a nie jakiejś pustej, odległej planecie.

On nas nauczył pierwszych tureckich słów

On nas nauczył pierwszych tureckich słów

Od następnego ranka zaczęliśmy spotykać Turków i odwiedzać zamieszkane przez nich miejscowości, które stawały się coraz większe i pojawiały się coraz częściej, w miarę jak zbliżaliśmy się do Bosforu. Przystając w miastach, smakowaliśmy pysznych kebabów i pozbawionych czekolady słodyczy, tak innych od jedzenia, które towarzyszyło nam dotychczas. Najgorętszą porę dnia spędzaliśmy w parkach, pijąc herbatę z tubylcami. Pozwoliło nam to przyswoić garść tureckich słów i upewnić się, że angielski nie przyda nam się za bardzo w tym kraju. Nawet wśród młodych, znajomość języków obcych jest zaskakująco słaba i mocno kontrastuje z wysokim poziomem rozwoju tego kraju. Infrastruktura wygląda tu lepiej niż w wielu wschodnich rejonach Unii Europejskiej, a ceny są dość wysokie — najwyższe od kiedy opuściłem Finlandię. Ten paradoks został doskonale zilustrowany podczas jednej z naszych niezliczonych wizyt na stacjach benzynowych. Pracujący tam sprzedawca zaoferował nam herbatę i bardzo chciał nawiązać konwersację, co utrudniała mu znajomość zaledwie kilku angielskich słów. Niezrażony barierą językową, zaprosił mnie za kontuar, gdzie wpisał swoje pytania do Google Translate, oczekując ode mnie odpowiedzi w ten sam sposób.

Morze Marmara całkiem czyste, a widoki jakże inne!

Morze Marmara całkiem czyste, a widoki jakże inne!

Szukając płaskich terenów, dla odmiany po ostatnich górach i pagórkach, wybraliśmy drogę nad brzegiem Morza Marmara. Mimo że nieopodal biegła równoległa autostrada, ruch zwiększał się z każdym kilometrem na wschód, osiągając w końcu trudne do zniesienia natężenie. Definitywnie odradzam wszystkim jazdę tą trasą, gdyż zdarzają się na niej miejsca, gdzie nie ma innej możliwości poza wmieszaniem się w stado pędzących aut. Długie fragmenty nie tylko nie posiadają pobocza, ale dodatkowo ogrodzone są stalową barierką, biegnącą tuż za prawą skrajnią jezdni. Silny boczny wiatr i pędzące, nieraz przeładowane ciężarówki, robią z jazdy loterię opartą o szczęście lub jego brak. Pomimo tego, poza okropnym dwudziestokilometrowym odcinkiem, zaczynającym się tam, gdzie droga dociera do wybrzeża, warunki były całkiem wygodne. Długie odcinki szosy pozostawały w remoncie, co dawało możliwość samotnej jazdy po nowiutkim asfalcie zamkniętego pasa. Raz znaleźliśmy tak stację benzynową, z powodu robót drogowych odciętą od źródła klientów, a oferującą świeży, zielony trawnik. Obsługa natychmiast zgodziła się na naszą prośbę o miejsce pod namiot, ciesząc się, że coś w końcu wydarzyło się w ich pozbawionym życia interesie. Ledwo rozbiwszy namiot, zostaliśmy zaproszeni na ogromną kolację i trudną rozmowę po rosyjsku z jedynym pracownikiem, który zdołał opanować języki obce.

Wjeżdżamy do piekła komunikacyjnego

Wjeżdżamy do piekła komunikacyjnego

Nasz cel w tych dniach był jasny: Stambuł — ogromne miasto, rozpięte na dwóch kontynentach, skrzyżowanie dróg świata. Chcieliśmy wjechać do centrum tego 15-milionowego monstrum, a okazało się to trudnym zadaniem. Ruch zagęszczał się z każdym przejechanym przedmieściem, by w końcu zamrzeć w gigantycznym korku, gdy na horyzoncie pojawiły się potężne roboty drogowe. Na szczęście rower, nawet obładowany sakwami, jest znacznie mniejszy od samochodu, dzięki czemu przedostaliśmy się poprzez labirynt utworzony przez większe pojazdy. Oczekiwaliśmy, że do centrum dotrzemy na 8 wieczorem, ale ostatecznie udało nam się dojechać na zabytkowy Sultanahmet trzy godziny później. Wciąż dość wcześnie, by załadować się na prom zmierzający na azjatycki brzeg.

Bosfor przekraczany wszelkimi środkami i w każdą stronę

Bosfor przekraczany wszelkimi środkami i w każdą stronę

Tam już pojechaliśmy prosto do dzielnicy Bostancı, do domu Kerema, który czekał na nas cierpliwie do późnej nocy. Nawiązałem z nim kontakt kilka dni wcześniej, za pośrednictwem Warm Showers, otrzymując natychmiastową pozytywną odpowiedź. Oczarowani jego gościnnością i niesamowitym zaufaniem do nieznajomych, użyliśmy jego domu jako bazy do eksploracji miasta i załatwiania ważnych spraw w nadchodzących dniach.

Stambuł to także hałaśliwe bazary

Stambuł to także hałaśliwe bazary

Stambuł jest miastem, które nikogo nie pozostawi niewzruszonym. Jego gigantyczne rozmiary, położenie geograficzne, multikulturalizm, ogromny ruch na morzu, czy dynamizm nowo powstających budowli — przynajmniej jedna z tych cech wywrze na każdym niezapomniane wrażenie. Niestety, wielu ludzi już o tym wie. Poprzednim razem odwiedziłem to miasto zimą i nie spodziewałem się tłumów, na jakie natrafiliśmy w zabytkowej dzielnicy. Roje turystów, dowożone i wywożone niezliczonymi autokarami, zapełniają szczelnie wszystkie ulice starego miasta i wnętrza popularnych obiektów, takich jak Haga Sofia czy Błękitny Meczet. Na szczęście, Stambuł oferuje znacznie więcej, i udało nam się znaleźć ciekawe miejsca, do których niemal żaden turysta nie zdołał dotrzeć.

Niefortunne miejsce na sjestę

Niefortunne miejsce na sjestę

W miejscach jak to, marzę czasami, jakby to było przenieść się wstecz o kilka wieków. Jak Stambuł, czy Konstantynopol, wyglądał, kiedy każdy gość musiał przybyć tu o własnych siłach lub przynajmniej konno? Dzięki położeniu na jedynym rozsądnym lądowym szlaku pomiędzy Europą a Bliskim Wschodem i Azją, Stambuł znany jest jako skrzyżowanie dróg świata. Teraz, gdy ropa uczyniła podróże tanimi i łatwymi, stracił sporo ze swej prominentnej pozycji. Ciągle jednak funkcjonuje jako most pomiędzy dwoma światami, zarówno geograficznymi, jak i kulturowymi.

Piątek: definitywnie wkroczyłem w świat islamu

Piątek: definitywnie wkroczyłem w świat islamu

Tutaj wkraczam na ziemie islamu — to moment, którego wyczekiwałem od samego początku podróży. Moje dotychczasowe doświadczenia z muzułmanami są bardzo pozytywne i zawsze chciałem zbadać Bliski Wschód szerzej, niż tylko Iran, w którym mieszkałem przez kilka miesięcy. Mimo ciągłych obaw o sytuację w Syrii, oczekuję bardzo miło spędzonego czasu, aż do wschodnich granic Sudanu, gdzie otoczenie religijne i kulturowe ponownie ulegnie drastycznej zmianie.

Tutaj też wracam do samotnej podróży. Kasia właśnie poleciała do domu, co skłania mnie do poszukiwania innych rowerzystów podążających w tym samym kierunku. Ponownie zapraszam wszystkich chętnych do dołączenia do wyprawy. W tym celu polecam lekturę planowanego terminarza jazdy.

Komentarze:

hose morales
hose morales
7 lat, 3 miesiące temu
Merhaba!

Jeden z ciekawszych wpisów jakie do tej pory u Ciebie czytałem:)

Albo mi się wydaję,albo szybko pniesz się w górę jeśli chodzi o zdjęcia i ich jakość. Nieźle!
mama
mama
7 lat, 3 miesiące temu
Gratuluję osiągnięcia kolejnego celu! Ciekawie piszesz, może tez się kiedyś tam wybiorę? Powodzenia w znalezieniu towarzystwa, trzymamy kciuki!
fan
fan
7 lat, 3 miesiące temu
Ja żyję dla takich wypraw, prześledziłem twoją trasę na google maps, konkret.Gdyby znalazł się sponsor od spraw logistycznych to spotkalibyśmy się w Afryce bankowo. Mój rower po ostatniej wyprawie Polska-Szkocja-Irlandia niestety zaniemógł.