Tysiąc zatłoczonych pagórków

Lip 10, 2012 (dzień 419) Rwanda

Byliśmy już zmęczeni niezliczonymi pagórkami i brakiem prywatności na drodze. Liczba osób, dla których mzungu jest conajmniej tak egzotycznym widokiem jak lew dla Europejczyka, w połączeniu z ich ciekawością i brakiem jakiegokolwiek zrozumienia dla naszego pojęcia przestrzeni prywatnej wysysały z nas energię. Ciągle jednak mieliśmy tuż przed sobą jeden z najgęściej zaludnionych krajów kontynentu, nie bez powodu też zwany „krajem tysiąca pagórków”.

Pomimo ostrzeżeń rwandyjscy celnicy nie skonfiskowali naszych toreb foliowych. W zasadzie nie było żadnej kontroli bagażu, więc nie dowiedzieliśmy się jakie są przepisy dotyczące najpopularniejszego śmiecia na świecie. Tak czy inaczej, w Rwandzie nie było foliówek ani w sklepach ani na poboczu, co robi z niej chyba najczystszy kraj w promieniu kilku tysięcy kilometrów.

Tak się robi miód

Tak się robi miód

Wjechaliśmy do kraju przez długą dolinę, w której typowy porządek rolniczy uległ odwróceniu. Dno pokryte było gęstym dywanem krzewów herbaty, podczas gdy poletka kukurydziane przylegające do małych glinianych chatek pokrywały całe zbocza, aż do samych szczytów gór.

Żebracy ściągają z całej doliny

Żebracy ściągają z całej doliny

Nie znalazłszy kościoła, posterunku policji ani niczego podobnego, postanowiliśmy spróbować dzikiego biwaku. Skała wznosząca się nad zakrętem szosy wydawała się być dostatecznie odosobniona. Nie minęło jednak pięć minut jak znalazł nas lokalny pastuch i za pół godziny przywlókł ze sobą dorosłych. Trudna rozmowa zakończyła się stwierdzeniem „no problem” z obu stron i w spokoju już spędziliśmy tę noc pod niemal pełnym księżycem i bez śladu elektrycznego światła wokoło. Za wyjątkiem, oczywiście, lamp samochodów.

My już w namiocie a w górach ciągle ruch

My już w namiocie a w górach ciągle ruch

Kolejnego dnia, około południa, dotarliśmy do Kigali i z radością powitaliśmy cywilizację pod postacią bankomatu i pobliskiej restauracji, którą z przyjemnością splądrowaliśmy. Nie mając nic do zrobienia w centrum, oddaliliśmy się od stolicy.

Stolica niedaleko

Stolica niedaleko

Tuż przed odjazdem zorientowaliśmy się, że jesteśmy już sławni w Rwandzie. Stało się tak, gdyż poprzedniego dnia trójka brytyjskich rowerzystów wystąpiła w narodowej TV. Nikt nie przejmował się, że jesteśmy tylko dwaj, z Polski, i że wyglądamy inaczej. Mzungu to mzungu. Ile afrykańskich twarzy umiem rozpoznać bez pomyłki? Ilu Afrykanów nie poznaję, mimo że spotkałem ich poprzedniego dnia? Nic dziwnego, że każdy członek wąskiej elity, dysponującej dostępem do prądu i TV, pozdrawiał nas i gratulował wywiadu.

Noc zastała nas na drodze. W ostatnich resztkach światła dostrzegliśmy rząd niedokończonych domów po prawej stronie i tam skręciliśmy, by na łące za nimi rozbić namioty. Oczywiście nie sposób było ukryć się przed ludźmi, ale staraliśmy się ograniczyć ich liczbę.

Mimo że najśmielsi podeszli do naszego obozu i wymienili kurtuazyjne „no problem”, trzech policjantów przybyło gdy właśnie kończyliśmy prace obozowe i zabieraliśmy się za gotowanie. Z początku chcieli byśmy przenieśli się w bliżej nieokreślone miejsce, ale w końcu zgodzili się na nasz pobyt. Jak francuskojęzyczny oficer wyjaśnił w bardzo podstawowym angielskim, „Rwanda ma tylko jeden problem: ludobójstwo”. Bardzo uspokajające.

Nieakceptowalnym byłoby nas tam zostawić i niebawem dowiedzieliśmy się, że otrzymamy obstawę policyjną. Protesty pozostały bezowocne i pół godziny później trzech mężczyzn, uzbrojonych w Kałasznikowy, wyszło z ciemności i pozdrowiło nas.
— Jesteśmy tu dla waszego bezpieczeństwa — powiedział dowódca, nim postaci ponownie zapadły się w ciemność i zajęły pozycje w okolicznych zaroślach, odmawiając nawet łyku gorącej herbaty. Służba nie należała do przyjemnych z racji pobliskiego bagna. Nad ranem nasze namioty stał zimne i ociekające wodą, podobnie jak funkcjonariusze, którzy pożegnali się o wschodzie słońca.

W Gitaramie przyszła pora odpowiedzieć na ważne pytanie: jedziemy nad Kivu czy nie? Pozytywnie rozpatrzyliśmy już dylemat odnośnie Burundi i nasza ostateczna decyzja odnośnie jeziora była taka sama. Skierowaliśmy się na zachód.

Rodzinny pojazd

Rodzinny pojazd

Ponownie jechaliśmy aż do zapadnięcia nocy. Pewien miejscowy zaoferował, że zaprowadzi nas do katolickiego kościoła, lecz u celu natrafiliśmy na dziwny zestaw w postaci memoriału po ludobójstwie i hoteliku, oferującego spartańskie pokoje bez elektryczności za zawrotne ceny. Skrawek lasu znaleziony kilka kilometrów dalej dużo bardziej nas zachęcił i zmotywował zarazem do wczesnej pobudki, nim dookoła zebrał się wielki tłum.

W drodze na bazar

W drodze na bazar

Lokalne cwaniaki

Lokalne cwaniaki

Droga nadal była dobra, a zielone stoki i domki z białymi ścianami i kryte dachówką bardziej przypominały okolice Morza Śródziemnego niż jakikolwiek rejon Afryki. Po długich i pięknych zjazdach niebawem ujrzeliśmy jezioro Kivu. Jego linia brzegowa, przypominająca fiordy, wyglądała wspaniale i w związku z tym podążyliśmy prosto do kościoła usytuowanego nad brzegiem. Pomimo oszklonej półki, w której bielały kości i czaszki potraktowane maczetą, okazało się że ludzie są tam bardzo mili. Kawałek bujnej trawy posłużył za kemping, a my mieliśmy dawno wyczekiwaną okazję by wyprać ciuchy i posiedzieć wieczorem na wygodnych krzesłach.

Jak nad Morzem Śródziemnym

Jak nad Morzem Śródziemnym

Zapewne nasze decyzje byłyby inne gdybyśmy znali stan dalszej drogi. Brak asfaltu był zaskoczeniem. Pomimo wspaniałych widoków na jezioro nie zachwycała nas perspektywa kolejnej serii pylistych pagórków. Rutyna jednak zadziałała i nie napotkaliśmy problemów ze znalezieniem miejsca na kemping pod kościołami różnych odłamów chrześcijaństwa. Była tam zielona trawa i dostęp do wody.

Kivu zawsze piękne

Kivu zawsze piękne

Mimo odosobnienia, teren nad jeziorem zasiedlali liczni żebracy. Jest ich wielu w całej Rwandzie, plasując ten kraj na drugim miejscu po Etiopii. Może obecność organizacji pomocowych jest tego przyczyną. Na Zachodzie ludzie nadal mają w głowach ponure obrazy z ludobójstwa w 1994 roku i wysyłają tam pieniądze. W tym czasie, w już zatłoczonej Rwandzie, przyrost populacji jest ogromny. Gdy wiele domów zasiedlonych jest przez 10 lub więcej dzieci, nie zdziwi mnie jeśli ktoś ponownie sięgnie po maczetę w celu rozwiązania problemu przeludnienia. Wystarczy wstrzymać pomoc i pewnie ludzie się zorientują, że w kraju nie ma dość ziemi dla wszystkich.

Bardzo nieafrykański porządek

Bardzo nieafrykański porządek

Dojeżdżając do Cyangugu znowu znaleźliśmy się na asfalcie. Zaskoczył nas widok miast po bu stronach granicy. Demokratyczna Republika Kongo, znana jako jedno z najbardziej niebezpiecznych i niestabilnych miejsc na świecie, prezentowała niezły zestaw potężnych willi i świeżych placów budowy. Nie mniejsze bogactwo panowało po rwandyjskiej stronie. Wygląda że graniczne interesy są bardzo zyskowne.

Ostatni rzut oka na Kivu

Ostatni rzut oka na Kivu

Po tradycyjnej już nocy pod kościołem wystartowaliśmy dość późno. Wielki, 700-metrowy zjazd nie dał możliwości rozpędzenia się albo podziwiania widoków, bo pokonaliśmy go już w nocy. Przejechawszy nieznane ale bardzo zadbane miasto, po gładkiej jak stół asfaltowej drodze dotarliśmy na granicę. Rząd pustych beczek po ropie zagradzał szosę, obwieszczając że przejście jest zamknięte. Potwierdzili to żołnierze, a dowódca początkowo próbował zawrócić nas do miasta, ale w końcu zgodził się byśmy rozbili namioty tuż pod oknem biura imigracyjnego.

Komentarze:

hose morales
hose morales
5 lat temu
Serca Afryki ciąg dalszy. Ciekawy wpis i świetne zdjęcia, jak zwykle z resztą.

Jedziesz, jedziesz!
Szymon Stoma
Szymon Stoma
5 lat temu
Dzieki za opowiesci Emesie. Tylko czemu dopiero po miesiacu! ;)
Michał
Michał
5 lat temu
Po miesiącu bo nie było chwili wytchnienia. Ciągle jadę i jadę. Pętla wokół Jeziora Wiktorii miała mieć 2kkm, a szykuje się 3,5kkm. Będę jednak nadrabiał zaległości!
mama
mama
5 lat temu
Pięknie! No i czytamy z przyjemnością :). Trzymaj się dzielnie i bezpiecznie!!!
Vito
Vito
5 lat temu
Po takim zakończeniu nie można się doczekać co będzie dalej:)
Miłej drogi!!!
Fenix
Fenix
5 lat temu
Witaj Emes.Od samego początku śledzę Twoją wyprawę i chyba jak każdy czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy.Może to troche dziwne pytanie,ale w którym kraju(bądź krajach) obchodziłeś swoje urodziny?
Michał
Michał
5 lat temu
Urodziny obchodziłem, niestety, w Etiopii. A właściwie to nie obchodziłem :)
izsa
izsa
5 lat temu
Rwanda-moje marzenie. Dziękuję za tę relację i proszę o więcej i częściej;)
arkosław
arkosław
5 lat temu
jesteś sławny nie tylko w polsce ale i tam
więc nie dziwię się zostawiałeś dostaliście obstawe policyjną.
Nie dawno rozpoczeła się olimpiada, Ty też jesteś jak olimpijczyk. Od początku śledzę tą wyprawe i nie mogę się nadziwić. Powodzenia w dalszej drodze.