Słońce znów świeci

Sie 8, 2011 (dzień 82) Ukraina

Planowałem, że będziemy świętować moje 5000km. Osiągnąłem ten dystans w miejscowości Borinja, ale ze względu na ostatnie wydarzenia nie byliśmy absolutnie w nastroju do jakiegokolwiek świętowania. Ciągle zafrasowani, podążaliśmy na wschód, by pod wieczór wjechać na drogę ekspresową M6.

Jazda ekspresówką oznaczała ponowne towarzystwo rozpędzonych ciężarówek. Generalnie, Ukraińcy jeżdżą dobrze i respektują rowerzystów. Dwukołowe pojazdy są niezwykle popularne na wsiach i zapewne z tego powodu kierowcy wiedzą jak omijać słabszych uczestników ruchu, nie niepokojąc ich. Pomimo tego, prędkość i hałas ruchu na drodze ekspresowej sprawiają, że pedałuje się mniej przyjemnie.

Po kilku kilometrach natrafiliśmy na drogowskaz ku kempingowi we wsi Iwaszkiwczi. Pragnąc spędzić trochę czasu na bezpiecznym terenie, podążyliśmy za jego wskazaniem. Wkrótce oczom naszym ukazał się żółty dom, pełniący w założeniu funkcję schroniska dla pieszych turystów. Właściciele, wraz z dwiema córkami i maleńkim wnuczkiem, stanowili całość lokatorów, zajmując wszystkie dostępne pokoje. Krótkie negocjacje doprowadziły do zajęcia drewnianej wiaty, co pozwoliło rozbić tylko sypialnię, jako zabezpieczenie przed komarami.

Pogoda następnego dnia była paskudna. Regularne ulewy przychodziły raz za razem, przedzielone kilkuminutowymi przerwami. Czytając, jedząc, spędziliśmy większość dnia, aż do momentu gdy było za późno, by jechać. Nasi gospodarze uraczyli nas przepyszną zupą warzywną, gorącą herbatą i odwiedzili na krótką konwersację. Mimo naszych wielu zapewnień, że jesteśmy przyzwyczajeni do mieszkania na zewnątrz, ciągle martwili się czy warunki odpowiadają naszym potrzebom.

Mimo że tempo podróży spadło już do 30-40km dziennie, wstrętna pogoda zmusiła nas do jednodniowej przerwy. Byliśmy już całkowicie wyczerpani opadami i chłodem. Ostatni raz z takimi warunkami miałem do czynienia w Finlandii, dwa miesiące wcześniej. Po dwóch tygodniach, które minęły od ostatniego słonecznego dnia, trudno było uwierzyć, że mamy środek lata. Jedynym jasnym elementem tego paskudnego czasu byli nasi gospodarze, którzy otoczyli nas opieką i zrobili to całkiem bezinteresownie.

Następnego dnia ujrzeliśmy błękit. Lipiec przeszedł w sierpień i — jak to zazwyczaj bywa w tej części Europy — słońce znów zaświeciło. W dużo lepszym nastroju pojechaliśmy do Wołowca, największego miasta na naszej ukraińskiej trasie, i jedynego w tym kraju miejsca z dostępem do Internetu. Naszym domem na kolejną noc było pole namiotowe na brzegu małej rzeczki.

Bez mapy, GPSa, mając jedynie listę miejscowości spisaną z Google Maps, wspięliśmy się na wysoką przełęcz i zjechaliśmy z niej do Koloczawy. Krajobrazy, wreszcie pozbawione chmur, były oszałamiające. Szkoda, że nie miałem możliwości, by je sfotografować.

W szukaniu noclegów przyjęliśmy nową strategię pytania gospodarzy o możliwość rozbicia namiotu w ogrodzie. To poprawiło nasze poczucie bezpieczeństwa i pomogło ujrzeć lepszą stronę autochtonów. Wpuszczając gości na swój teren, okazywali troskę: oferowali materace do spania lub serwowali poranną kawę.

Największym zaskoczeniem był brak map w ukraińskich sklepach. Natrafiliśmy jedynie na atlas Europy, który na obszernym terytorium Ukrainy ukazywał jedynie przebieg kilku najważniejszych dróg. Ta nawigacyjna ślepota doprowadziła do pomyłki. Z Koloczawy chcieliśmy przedostać się do Ruskiej Mokrej, kolejnej wsi na naszej liście. Nadal nie wiem czy mapy Google były błędne, czy może istnieje inne połączenie pomiędzy tymi miejscowościami. Dość, że wybraliśmy drogę, która w rzeczywistości nie istniała. Błotnistym szlakiem pełnym dziur i kolein wspięliśmy się na przełęcz i zjechaliśmy z niej, do punktu gdzie droga się urwała. Pozostał wybór pomiędzy strumieniem płynącym w głębokim wąwozie a pieszym szlakiem, używanym również do pędzenia krów. Krowia ścieżka okazała się bagniskiem, momentalnie zasysającym nogi do kolan. Czymś kompletnie niedostępnym dla obładowanych rowerów. Pozostał więc strumień.

Kolejne godziny harówki były czymś wartym tysiąca zdjęć lub nawet filmu przygodowego. Musieliśmy prowadzić rowery w zimnej wodzie, po kamienistym dnie rzeki. Czasem nie było innego sposobu niż rozebrać pojazd z bagaży i przenieść, sztuka po sztuce, po szerokiej na stopę błotnistej ścieżce dla krów. Później trzeba było wspiąć się po stromym i śliskim, błotnistym stoku. Wyczerpało nas to kompletnie. Oblepieni szlamem, śmierdzący potem i krowim nawozem, dotarliśmy do drogi pod wieczór. Cały dzień ciężkiej fizycznej pracy zaowocował rekordowo krótkim dystansem piętnastu zaledwie kilometrów.

Na szczęście następny dzień był ostatnim, który spędziliśmy na Ukrainie. Zjeżdżaliśmy w stronę przejścia granicznego w Solotwinie. Przez większość czasu towarzyszyła nam czysta i malownicza rzeka. Zaraz po zapadnięciu ciemności przekroczyliśmy granicę. Bez czekania, bez problemów. Strażnicy nawet nakazali kierowcom przesunąć pojazdy i zrobić miejsce dla naszych szerokich rowerów, po czym własnoręcznie pomogli przenieść bagaże. Wjechaliśmy do Rumunii.

Komentarze:

Mariusz
Mariusz
7 lat, 7 miesięcy temu
Kurde, ale szkoda tego aparatu. Śledzę twoją trasę od początku i przyzwyczaiłem się już do fajnych opisów i ciekawych fot. Może chociaż telefonem focić co ciekawsze rzeczy, albo jakąś małpkę za 200 zł skombinować? :) Trzymam kciuki za Rumunię - byłem tam 11 lat temu.
furman
furman
7 lat, 7 miesięcy temu
Widzę, że wpakowałeś się na drogę Kołaczawa-Komsomolsk. Nie Ty pierwszy i pewnie nie ostatni. I tak miałeś lepiej, że w tą stronę bo podejście z Komsomolska na przełęcz z sakwami jest okropne. Cóż, na mapie wygląda to na zwykłą drogę. No ale takie są "boczne drogi" w tym kraju. Dlatego lubię go :)
Christian
Christian
7 lat, 7 miesięcy temu
Nice writing, can't wait to read more of your outstanding trip! I bet the next chapter will be the Polish marriage! Glad to meet you there, and all the best for the next thousands of kilometres on the road!!!
bielówa
bielówa
7 lat, 7 miesięcy temu
Emes... ale flagi "microwave", Ci chyba nie zajumali? ;)
siostra:)
siostra:)
7 lat, 7 miesięcy temu
uściski zza koła podbiegunowego!!! u nas (o dziwo) zupełnie inaczej niż u Was - głównie słońce i ciepło. misie polarne prawdopodobnie nie są zadowolone, w przeciwieństwie do nas;)

załoga zachwycona Risvaer, teraz lecimy na południe Lofotów. pozdrowienia od reszty ekipy:)
pigiel
pigiel
7 lat, 6 miesięcy temu
o ja jego, ale przygoda... kiedyś też poniosła mnie fantazja i przeprowadzałem rower przez strumień, ale trwało to raptem kilka chwil. no cóż, będziecie mieli co wspominać ;)