Witamy na Ukrainie

Sie 2, 2011 (dzień 76) Ukraina

Od samego początku Ukraina wyglądała inaczej niż jakiekolwiek miejsce przedtem. Wyboiste drogi, wieloprzewodowe linie telefonicznie na drewnianych słupach, małe drewniane domki i masa prostych barów serwujących tani alkohol, to były główne widoki. Ludzie też wyglądali inaczej. Młodzi mężczyźni niemal jednorodnie paradowali w dresach, podczas gdy u kobiet dominowały wysokie obcasy i spódnice. Staruszkowie ubierali się bardziej tradycyjnie. Niska cena i wysoka dostępność alkoholu odzwierciedlała się w dużej liczbie pijanych ludzi, przeważnie mężczyzn.

Zwierzęciem numer jeden jest krowa, a ich wypasanie wygląda na najbardziej popularne zajęcie. Będąc egalitarnym, dzielone jest równo pomiędzy płcie i obejmuje szeroką rozpiętość wiekową. Krowy chodzą po każdej drodze, znienacka wyłaniają się z rowów i krzaków, przechodzą rzeki i ogólnie zdają się być wszechobecne. Mimo tego, biznes wygląda na słabo rozwinięty, gdyż nie ujrzeliśmy pastucha z więcej niż trzema czy może czterema krowami, zazwyczaj są zaś dwie.

Nasza droga wiodła przez Użański Park Narodowy, który wraz z Bieszczadami w Polsce i Połoninami na Słowacji tworzy potężny obszar chronionej przyrody. Podążając brzegiem rzeki Uż, zatrzymaliśmy się na obiad tuż przed miejscowością Stawne. Drewniana wiata pojawiła się dokładnie w momencie gdy zaczęło padać. Taka pogoda nie była dla nas niczym niezwykłym, gdyż na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni nie padało przez jeden, góra dwa dni. Pobliski bród chronił nas przed nudą, gdy obserwowaliśmy ludzi, krowy, a nawet ciężarówkę pokonującą rzekę w ten tradycyjny sposób. Woda lała się z nieba, a czas mijał, kiedy my jedliśmy i czytaliśmy książki. W końcu postanowiliśmy nie czekać do zmierzchu i ubrani przeciwdeszczowo udaliśmy się na poszukiwanie miejsca na nocleg.

Gdy przejeżdżaliśmy przez Stawne, deszcz ustał, a światło dzienne zaczęło zanikać. Korzystając z ostatnich jasnych chwil, mieszkańcy wioski wyszli na drogę i obserwowali dwoje nietypowych podróżnych. Kemping znaleźliśmy zaraz za wioską, wyposażony w wiatę, usytuowany nad rzeką, nieopodal mostu — dokładnie jak zaznaczono na przydrożnych mapach parku narodowego. Najadłszy się uprzednio, po prostu poszliśmy spać.

— Gdzie jest twoja duża torba? — pytanie Kasi było pierwszą rzeczą tego poranka.
— Po mojej stronie — wymamrotałem.
— Nie ma jej! — brzmiała odpowiedź, która momentalnie mnie obudziła.

Rzeczywiście, nie było jej. Co gorsza, brakowało też torby na kierownicę, a więc aparatu i GPSa. Wyskoczyłem z namiotu i rozejrzałem się wokół. Natychmiast spostrzegłem dużą czerwoną torbę na stole pod wiatą. Była tam, z całą zawartością w środku, ale mniejsza, ważniejsza torba — przepadła.

Szybko podsumowałem: aparat z dwoma obiektywami i wszystkimi kartami pamięci, GPS, dziennik podróży, portfel, który schowałem tam z obawy przed deszczem, a do tego sama torba, mapnik i odtwarzacz MP3. Brakowało też moich przeciwdeszczowych spodni, które zostawiłem na wierzchu bagażu. W przeliczeniu na pieniądze, ta torba stanowiła około połowy wartości mojego wyposażenia. Wartości sentymentalnej skradzionego dziennika nie można ocenić, ale na szczęście większość ważnych myśli i wspomnień została przeniesiona na bloga. Zdjęcia są również obecne na twardym dysku, za wyjątkiem kilku z ostatnich dwóch dni, których nie zdążyłem skopiować. Portfel zawierał tylko hrywny, które wymieniłem po przekroczeniu granicy.

Nie skradziono nic krytycznego dla przebiegu podróży. Rower jest, paszport, karty i inne dokumenty — również. Największy cios spada na bloga, który — pozbawiony zdjęć — straci sporo na wartości. A malownicze rejony Karpat zbliżają się i nie zdążę przygotować na nie żadnego zamiennika utraconego aparatu.

Analiza tego, co się stało, zajęła nam parę godzin. Oczywiście nie anuluje faktów, ale może pomóc innym w zabezpieczaniu ich dóbr.

Pierwszy, największy i najgłupszy błąd po mojej stronie, to że pozostawiłem cenną torbę poza sypialnią. Chowałem ją do środka jadąc samemu, ale potem zacząłem trzymać wszystkie bagaże pod tropikiem. Namiot jest dwuosobowy, co oznacza, że oferuje przestrzeń dokładnie dla dwóch osób. Każdy bagaż wewnątrz jest źródłem niewygód, ale tym razem komfort okazał się wyjątkowo kosztowny. Wygląda też, ze moje zasady bezpieczeństwa osłabły pod wpływem długiej i bezproblemowej podróży do tego miejsca. Mimo że torba była zasłonięta innymi, złodziej wyciągnął obie torby pod krawędzią tropika, nie otwierając zamków, które moglibyśmy usłyszeć. Nisko ścięta trawa na pewno ułatwiła mu zadanie.

Po drugie, wybraliśmy najbardziej oczywiste miejsce do biwakowania, zaraz po paradowaniu przez całą długość wioski. Był już wieczór, więc nie mogliśmy zajechać daleko. Jeśli ktoś planował nas okraść, znalezienie nas było banalnie proste.

Rozbiliśmy się też blisko górskiej rzeki, która odpowiadała za ciągły szum w tle, dzięki któremu złodziej mógł być bardziej zuchwały. Ponadto, torba znaleziona pod dachem sugeruje, że okradnięto nas podczas deszczu. Hałas kropel spadających na namiot pozwoliłby nawet — odważnemu złodziejowi — otworzyć i sypialnię, nie budząc nas.

Załamani i smutni, pojechaliśmy w dalszą drogę. Było niemal niemożliwością uśmiechać się do ludzi, nawet do dzieci, które machały i pozdrawiały nas po drodze. Paranoja sprawiała, że we wszystkich wiejskich chłopakach podejrzewaliśmy współwinnych.

W Użoku natrafiliśmy na człowieka w mundurze. Postanowiłem spróbować i spytałem go, czy jest z policji. Nie był, ale wraz z kilkoma osobami rozpoczął próby dodzwonienia się. (Najwyraźniej zasięg komórek jest tu nikły, bo pięć osób próbowało choćby wybrać numer przez kilka minut.) Gdy w końcu im się udało, funkcjonariusz w cywilu pojawił się w około kwadrans, po prostu przychodząc znikąd. Świetny wynik jak na prowincjonalną wioskę.

Policjant był bardzo miły i bystry. Podzieliliśmy się z nim wszystkimi faktami i domysłami. Przyznawszy, że złodziejstwo jest tu dość powszechne, powiedział, że w ostatnich latach zdarzyły się nawet napady z bronią w ręku, ale sprawcy zostali schwytani, a dobra wróciły do prawowitych właścicieli. Świetnie! Wymieniliśmy się numerami i mam zadzwonić za jakiś czas, by spytać o wieści. Oczywiście nie wierzę w tą szansę, ale nie wolno się poddawać.

Po wspięciu się na przełęcz, okazując paszporty na wojskowym posterunku, wkroczyliśmy do obwodu lwowskiego i minęliśmy Sianki. Ta miejscowość ukazuje się tym, którzy dotarli do południowo–wschodniego koniuszka Polski. Podczas gdy polska infrastruktura kończy się ładnych parę kilometrów wcześniej, widok drogi i pociągu po ukraińskiej stronie może być szokujący. Lata temu pokazywano tu Polakom (nieobeznanym z historią) jak rozwinięty jest Związek Radziecki. Teraz mieliśmy pierwszą okazję, by ujrzeć to miejsce z drugiej strony. Nie wygląda już tak różowo. Ilość dziur na drodze sprawia, że nikt jej nie używa. Po obu jej stronach biegną błotniste pasy, które, mimo niezliczonych dni deszczu, oferują lepsze warunki jazdy.

Po smutnych doświadczeniach ostatniego dnia, próbowaliśmy wybrać miejsce biwakowe, w którym nikt nas nie odnajdzie. Niemożliwe. Wszechobecny pastuchowie krów pojawili się rano i nawet spytali uprzejmie, czy noc nie była zbyt chłodna.

Komentarze:

Jacek Brzezowski
Jacek Brzezowski
7 lat, 7 miesięcy temu
Ah, kurdę, łączę się w bólu w związku ze stratami i dzięki za ostrzeżenia i przemyślenia na temat bezpieczeństwa. Wybieram się sam za jakiś czas po Polsce po raz pierwszy, więc na pewno będę miał wzmożoną czujność. Między innymi też dlatego kupiłem namiot dwuosobowy na wyprawę solo - chcę mieć wszystko poza rowerem w środku.
dudi
dudi
7 lat, 7 miesięcy temu
Niefajnie, bardzo niefajnie... Ja mam aktualnie nieużywany aparat, mógłbym użyczyć ale... nie ma jak tego dostarczyć na ukrainę...:/

Teraz już wiesz, że wszystko cenniejsze chowa się do sypialni i kładzie koło głowy...
Wojtek
Wojtek
7 lat, 7 miesięcy temu
Ehh...średnio przyjemne doświadczenie.
Oby nie wpłynęło zbyt negatywnie na morale.
Cetus
Cetus
7 lat, 7 miesięcy temu
Ehhh, współczuję. Mam nadzieję że wszystko się odnajdzie. Blog (nawet bez zdjęć) jest rewelacyjny.

Pozdrawiam i życzę braku takich wydarzeń.
Wojtek z Przemyśla
Wojtek z Przemyśla
7 lat, 7 miesięcy temu
Moi drodzy serdecznie Wam współczuję że zostaliście okradzeni , ale wierzę w Was że pomimo tego dacie radę . O kradzieży dowiedzieliśmy się z lokalnej telewizji wczoraj było o Was w aktualnościach.
Po rozmowie z Twoją Mamą mam przygotowany rozkład jazdy autobusów niestety z Przemyśla do Lwowa i tak kursuje jeden polski autobus PKS-u który z Przemyśla wyjeżdża o 9,00 , a z Lwowa do Przemyśla o 12.50 jest też kilka połączeń autobusowych obsługiwanych przez stronę ukraińską tylko te autobusy nie są pewne bo ich kursy uzależnia się od opłacalności tj. ilości chętnych do wyjazdu . Autobusy ukraińskie wyjeżdżają z Przemyśla o 12.00,13.30,15.30,17.10,19.30 do Lwowa jadą 4 godz. / uwzględnione przesunięcie czasu i odprawa graniczna/ koszt zarówno polskiego jak i ukraińskiego przejazdu to 25 zł . Połączenia z Przemyśla do W-wy PKS 6.20 przyjazd na 14.00 22.20 przyjazd na 6.30 i 22.45 i przyjazd o godz. 6.00. Niestety z PKP jest gorzej bo jest jeden pociąg który wyjeżdża z Przemyśla o 15.46 i jest w Warszawie 23.22
Pozdrawiam Was i liczę na odwiedziny - do zobaczenia w Przemyślu
hdk
hdk
7 lat, 7 miesięcy temu
wyrazy współczucia z powodu straty torby ! :(
Marta
Marta
7 lat, 7 miesięcy temu
Niech się ukraińcy nie dziwią, ze po takich akcja mają złą opinię. Mamy wolnego pentaxa, ale jak go ze Szwecji na Ukrainę przetransportowac???

Pozdrawiamy, Marta i Waldek
Gosia
Gosia
7 lat, 7 miesięcy temu
Doskonale wiem co czujecie! W zeszłym roku też mieliśmy przykrą niespodziankę w czasie podróży do Odessy. Co prawda obudziliśmuy się z wszystkimi bagażami i cennymi rzeczami typu dokumenty i kasa, ale za to ... bez rowerów! Tak więc głowa do góry - podróż trwa, a ta "przygoda" wiele Was nauczy!

Pozdrawiam
azbest87
azbest87
7 lat, 6 miesięcy temu
Ja podobnie uśpiony zostałem w Turcji- na każdym kroku pomocni ludzie uśpili moją czujność i sprytni złodziejaszkowie wyciągnęli mi portfel z sakwy na kierownicy, gdy siedziałem 3 metry dalej! Całość gotówki łącznie z dokumentami i dwom podejrzanymi typkami rozpłynęła się. Jedyne co mi zostało to paszport i trzeba było kombinować by dostać pieniądze z Polski za które mogłem wrócić do domu.
Pozdro!